wtorek, 14 marca 2017

O ustawie, Szopie Moondrive i brzydkich okładkach

Ostatnio w Polsce wiele się dzieje. Czytelnik boi się podwyższenia ceny książek, wydawnictwa i księgarnie internetowe boją się o przyszłość, a wszystko to przez budzącą grozę ustawę o jednolitej cenie książek. Dzisiejszy post jest więc swego rodzaju konfrontacją z tą sytuacją oraz innymi kwestiami, które irytują mnie na polskim rynku książki.

Przede wszystkimi zacznijmy od tego czym jest ustawa o jednolitej cenie książek. Genius Creations przygotował ciekawy artykuł do jednej z starszych wersji tej ordynacji, który świetnie pokazuje, jak wpłynie ona na poszczególne podmioty. Z tego co widzę, tylko kwestia ogłaszania się na targach książki i promocji nie dotyczy obecnego kształtu aktu. Warto też zapoznać się uzasadnieniem wprowadzenia do projektu ustawy. Jako, że wszyscy jesteśmy czytelnikami, daruję sobie streszczanie owych artykułów. Potrafimy czytać ze zrozumieniem, więc nie jest to konieczne. Przejdę zatem do tego, co ja uważam na ten temat. Chcę tylko podkreślić, że to moja SUBIEKTYWNA opinia. Możliwe, że coś źle zrozumiałam. Jeśli tak to proszę o uświadomienie mnie w komentarzu.
Jako czytelnik jestem po prostu wściekła. Bądźmy szczerzy, na polskie realia książki są drogie. Jeśli ktoś czyta jedną/dwie pozycje miesięcznie, to jeszcze może sobie na nie pozwolić. Jednak ministerstwo nie przewiduje, że są osoby w Polsce, które czytają dużo. W tym momencie zmusza je do kombinowania, zamiast pozwolić im napędzać rynek książek. Co zrobi człowiek, który będzie w sytuacji, gdy albo kupi książkę za kilka miesięcy - jeśli finanse pozwolą, albo pobierze ją za darmo na chomikuj?
Tak samo sprawa wygląda w związku z ebookami. Czy to nie śmieszne, że w Polsce ebooki kosztują ledwo kilka złotych mniej niż papierowa wersja książki? Wszystko przez kochany niesprawiedliwy podatek. Jestem ciekawa jak ta ustawa dotknie książek w formie elektronicznej i abonamentu Legimi. Jednak jest tak niejasna pod tym względem, że nawet nie będę próbować zgadywać.
Jednak, przecież są biblioteki? Owszem, są. Jednak niektórzy mieszkają w małych miejscowościach, gdzie są one po prostu kiepsko wyposażone. Sama wiem jak wygląda ich zaopatrzenie w moim rodzinnym mieście. Zresztą te w Poznaniu i Warszawie też mnie nie zachwycają. Jest tam dużo książek, ale jeśli chodzi o literaturę piękną, młodzieżową czy chociażby kryminały to półki świecą pustkami. Ja osobiście nie lubię, gdy ktoś narzuca mi co mam czytać. Z drugiej strony skoro książki podrożeją, to automatycznie czytelnie nie będą mogły pozwolić sobie na zakup takiej samej ilości nowości co wcześniej, oznacza to że czytelnik nie będzie miał po prostu dostępu do wielu pozycji.
Zauważmy też, że ustawa mówi o książkach w bardzo szerokim tego słowa pojęciu. Dotyczy też komiksów, czasopism czy podręczników. Z tego co widziałam w komentarzach, fani komiksów jeszcze bardziej na tym stracą. Kupują po kilkanaście tytułów w miesiącu, a często kosztują tyle samo (a czasami nawet więcej) co normalna książka. Standardem więc było, że nabywali je z rabatami nawet -30%. Teraz albo zostaną znienawidzeni przez swoje oszczędności, albo będą liczyć na większe rabaty na starsze tytuły.
Kolejna kwestia to zmniejszanie cen starszych tytułów. Należy się jednak zastanowić czy księgarnie będzie na to stać. Pierwsza opcja jest taka, że większe ceny książek nie przeszkodzą obrotom (nierealne). Drugą opcją jest to, że sprzedaż tytułów się zmniejszy, więc żeby wyjść na prostą, sklepy będą próbowały zarabiać na starszych powieściach i ich cenę nawet zwiększy. Tak to się skończyło w Izraelu, więc czemu u nas ma być inaczej? Zresztą wiemy jak w Polsce wygląda kwestia dodruku. Wydawnictwu może się po prostu nie opłacać wznawianie jakieś książki. Trzecią opcją jest to, że żeby zachęcić do kupowania, wydawnictwa zmniejszą ceny książek o kilka/kilkanaście procent tak, aby nie było tak dużego przeskoku między obecną ceną okładkową, a ofertami, które teraz możemy znaleźć w sklepach internetowych. Jednak ta wersja jest dla mnie trochę utopijna i mam wrażenie, że może się udać tylko gdy wydawnictwa zaczną sprzedawać książki tylko “u siebie” tak, jak zaczyna to robić Moondrive (ale o tym później).
Jest też wiele kwestii, które osobiście mnie nie dotyczą, bo ani nie pracuję w wydawnictwie, ani nie jestem pisarzem. Jednak mimo wszystko rozumiem, że ta ustawa pomoże głównie autorom pokroju Mroza czy Tokarczuk. Co z szczerzej nieznajomymi pisarzami? Wydawnictwa mogą po prostu nie chcieć wydawać ich tytułów, bo przy zwiększonej cenie książek im się to nie opłaca. Przecież wszyscy wiemy, że korekta, projekt okładki, druk i wiele innych czynników kosztuje. Ile więc zostanie dla autora niszowego, jeśli wydawnictwo zmniejszy cenę żeby taka książka miała szansę na rynku? Osobiście nie jestem fanką polskiej literatury, co nie znaczy, że cieszy mnie brak jakiegokolwiek rozwoju. To samo tyczy się małych wydawnictw. Niektóre mogą się nie utrzymać. Jeśli ma się do wyboru sieciówkę z dziesiątkami regałów uginającymi się pod ciężarem książek, a małą księgarnię z o wiele mniejszym asortymentem, a w obu będą takie same ceny, to co wybierzemy? Pod koniec dnia chodzi po prostu o zyski, a tych może nie być.
Jedynie Empik i Matras skorzystają (przypadek, że to oni najbardziej współpracują z PIK?) na tej sytuacji. Już nie muszą konkurować z księgarniami internetowymi, które pozwalały sobie na duże rabaty i ciekawe oferty. Jako, że mają środki na reklamę, są ogólnodostępne, mają też duże sklepy, które eksponują książki, to przyciągną więcej osób niż jakaś mała księgarnia, której na to nie stać. Sama kupuję w empiku bo po prostu jest pod ręką i znajdę tam większość tytułów. Więc zastanówmy się jaki to wszystko ma sens. Zyskują giganci, a cała reszta może tylko dużo stracić.
Jednak ustawa nie jest jedyną rzeczą, która ostatnio się wydarzyła w świecie czytelników. Wiele kontrowersji wzbudza sklep Moondrive (wygląda to tak, jakby już przygotowywali się na wejście ustawy, ale sami zaprzeczają tej tezie, więc musimy im uwierzyć). Nie rozumiem czemu czytelnicy się oburzają zamiast cieszyć z możliwości, które on stwarza. Rozumiem, że nie każdy lubi zamawiać książki przez internet. Jednak lepiej, żeby jakaś pozycja została wydana tylko w ich sklepie, niż gdyby w ogóle miała się nie pojawić w Polsce. Czekam na drugi tom Fobos i zdziwiłam się, że po tak bogatej promocji pierwszej części o kolejnej nie było nawet wiadomości. Jednak rozumiem, że może mimo promocji, książka mogła się po prostu nie sprzedać. Więc jeśli tak było, cieszę się, że mam okazję kupić kolejną część nawet jeśli tylko w Moondrive Shop, bo gdyby nie on, to najprawdopodobniej Fobos byłby kolejną niedokończoną serią na polskim rynku. Prawda jest taka, że gdyby wydawnictwo polegało tylko na innych księgarniach to nie pozwoliłoby sobie na straty i go nie wydało. Więc zamiast hejtować i płakać nad niesprawiedliwością, spróbujmy spojrzeć z szerszej perspektywy - nie tylko czytelnika, ale też wydawcy.
Jest jeszcze jedna kwestia, która mnie nie tyle irytuje, co po prostu boli. Chodzi oczywiście o oprawę graficzną i sposób wydania książek. Są wydawnictwa, które naprawdę zachwycają w tym temacie. Jednak jest jedno, którego okładki mogą trafić jedynie na stronę “grafik płakał, jak projektował”. Mowa oczywiście o Amber. Na rynku funkcjonuje od 28 lat. Wydaje mi się, że po takim stażu powinno się zauważyć, że niektóre rzeczy przyciągają większą ilość czytelników. Jednak oni jakby utknęli w latach ‘90. O jakości druku i błędach w książkach już nawet nie będę wspominać. Nazywają się gigantem wydawniczym, jednak gdy na ich fanpage w ocenach napisałam co sądzę o ich książkach (w kulturalny sposób, nie chamski!), kolejnego dnia działu ocen już nie było. Nie rozumiem jak widząc w księgarniach książki wydane przez Świat Książki, Wydawnictwo Otwarte czy Media Rodzina nie czują potrzeby, żeby coś zmienić. Potrafię coś takiego wybaczyć małym wydawnictwom jak Jaguar albo Feeria Young, które czasem też zrobią coś a’la nagłówki na blogach z 2010 roku, ale nie olbrzymowi jakim jest Amber. Po jego historii możemy zauważyć, że przez lata traci autorów i renomę. Mnie po prostu odrzucają przez to jak prezentuje tytuły. Gdyby seria Outlander nadal należała do nich, pewnie nigdy nie dotarłaby do tak szerokiego grona.


Tak więc na tym kończę mój post. Bloga założyłyśmy po to, żeby móc dyskutować o książkach. Mam więc nadzieję, że to co tu napisałam uznacie za wstęp do dialogu między czytelnikami, a nie atak na rząd, wydawnictwo czy bibliofili. Jeśli coś źle zrozumiałam - oświećcie mnie! Jeśli w czymś się ze mną zgadzacie lub irytuje was coś innego, to śmiało o tym piszcie. Z chęcią poznam opinię innych na ustawę, wydawnictwa, czy ogólnie na to jak wygląda rynek wydawniczy w Polsce.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz